Wizyta pana z psem wywołała niepokój, myślałam, że już nie zasnę, a rano wstaniemy skoro świt. Nic z tego nie miało miejsca, duże zmęczenie rzeczywiście sprawia, że da się spać w każdych warunkach. Rano budzik tylko przestawialiśmy na późniejszą godzinę. Gdy składaliśmy namiot, słońce było dość wysoko, ale mijający nas Włosi tylko nas pozdrawiali radosnym „buon giorno”. Rzeczywiście bardzo niegościnny naród 😉

Ranek był naprawdę bardzo piękny, dlatego nie ruszyliśmy od razu w stronę drogi tylko rozejrzeliśmy się po okolicy. Jeszcze wczoraj jechaliśmy pośród ośnieżonych szczytów, a tu wiosna w pełni. Okazało się, że parę kroków od nas był opuszczony dom (w sumie sporo ich było w okolicy), szkoda że nie wiedzieliśmy o tym wieczorem, byłoby gdzie się schować przed ludźmi i psami.

Do Grado mieliśmy parę kilometrów, ale postawiliśmy na stopa. Zatrzymał się pierwszy samochód. Dziewczyny, które zdecydowały się nas podwieźć nie mówiły po angielsku. Nie rozumiały nawet słowa „shop”, a brak wody i jedzenia dawał się we znaki. Niby mówiły po niemiecku, ale słowo „Geschaft” też było za trudne, tu przydał się słownik. Chyba nigdy nie zapomnę słów „negozio di alimentare” – to na szczęście okazało się zrozumiałe dla dziewczyn. Wsłuchałam się w ich rozmowę „haraszo, haraszo” – Rosjanki 🙂 W Grado przeszliśmy na polsko-rosyjski i życie stało się prostsze. Spotkania Słowian zawsze są jakieś takie radosne, mimo że w gruncie rzeczy, język wciąż jest ciężki do zrozumienia.

Na miejscu okazało, że Ani i Szumej Grado już się znudziło i wracają parę km na „miejscówkę”, o której wspominał im kierowca poprzedniego dnia, ale my postanowiliśmy zobaczyć miasto, które było naszym celem i posiedzieć trochę na plaży.

Szczerze? Nie polecam tego miasta. Jest małym, brzydkim, nadmorskim miasteczkiem, które mogłoby leżeć w każdym innym kraju – tyle miało w sobie „włoskości”. Sklepy z pamiątkami, hotele, plaże zastawione leżakami – jeden przy drugim. Słynne laguny wyglądające jak bagniska. Jest wiele, wiele ładniejszych miejsc na świecie.

Chłodny wiatr i zimna woda skutecznie wybiły tlącą się myśl o wejściu do morza, ale siedzenie na plaży i wpatrywanie się w fale zawsze mnie odpręża, nawet w Grado morze wygląda dobrze.

Po paru godzinach postanowiliśmy dołączyć do dziewczyn, jednak totalnie się nie rozumieliśmy i lekko błądziliśmy szukając się nawzajem. Złapaliśmy szybkiego stopa do Belvedere, gdzie spodziewaliśmy się spotkać Anię i Szumę, ale o nich ani widu, ani słychu. Za to znaleźliśmy dużo ładniejszy skrawek plaży, w sam raz na czas odpoczynku, gdy poddaliśmy się i uznaliśmy, że nigdy nie znajdziemy dziewczyn. Słońce grzało, pachniało morzem i sosnami (Belvedere to w sumie las sosnowy z campingami 🙂 ). Koniec, końców po kolejnej rozmowie telefonicznej, a bardziej dzięki dużemu zbiegowi okoliczności znalazła nas Ania. Dołączyliśmy do ich miejscówki. W sumie całkiem przyjemne miejsce – z dala od miasta i domów, otoczone drzewami i nad brzegiem morza… no bardziej bagna, bo właśnie tu były te „urocze laguny”. Spędziliśmy tu duuuużo przyjemniejszy wieczór niż poprzedniego dnia, bez nocnych wizyt psów.

Okazało się, że poprzednia noc dziewczyn też nie byłam spełnieniem marzeń. Dojechały do Grado z myślą rozbicia się na plaży, a tu okazało się, że plaże są malutkie, zastawione leżakami i otoczone hotelami. Zdecydowanie nie dzikie i odludne. Po niespokojnej nocy, przyszedł dziwny poranek, kiedy przyjechali do nich Carabinieri w liczbie zbyt dużej jak na dwie dziewczyny (2 motocykle i samochód) wypytać o ich włóczęgę, ale w sumie nic na nie nie mieli (przecież tylko sobie jadły, co to komu przeszkadza? ;))

Niedziela nas nie rozpieszczała. Po słonecznej sobocie (i bardzo przyjemnym dniu) przyszła pora deszczowa. Niebo było ciemno szare i lały się z niego strużki wody. Mimo wszystko stwierdziliśmy, że nie przesiedzimy całego dnia w namiotach i ruszyliśmy znów do Grado, żeby zjeść kawałek włoskiej pizzy i spróbować włoskich lodów (wciąż zastanawiam się, dlaczego nie obraliśmy przeciwnego kierunku – Aquilei dużo ładniejszego, starożytnego miasteczka, które noc wcześniej mimo zmęczenia wydawało się urokliwe).

Mieliśmy szczęście znów zatrzymał się pierwszy samochód, znów z Rosjaninem za kierownicą i czterema wolnymi miejscami, droga powrotna była podobna – znów jeden z pierwszych samochodów i znów z czterema miejscami. A w Internecie krąży opinia, że Włochy to bardzo ciężki kraj do stopowania.

Następnego dnia, w poniedziałek czekał nas już powrót do Polski…

Jak dojechać do Neapolu — autobusem czy pociągiem?
Jak najlepiej dojechać z Warszawy do Rzymu
Jak dojechać do Neapolu z Opola — autobusem czy pociągiem?