To nie będzie opowieść o dalekiej podróży. To nie będzie nawet wpis o podróży, a jedynie wspomnienie z kilkugodzinnej wycieczki sprzed ładnych paru lat. Niby nic wielkiego, a zagrzało ciepłe miejsce w mojej głowie i wciąż wywołuje uśmiech na twarzy.

Działo się to w roku 2005. W tym czasie mieszkałam jeszcze w moim rodzinnym Ostrowcu Świętokrzyskim, chodziłam do 3 klasy gimnazjum i miałam lekko ponad 16 lat 😉
Ok. 30 km od mojego domu znajduje się miejscowość Ujazd, a tam zamek Krzyżtopór. Odwiedzałam go wielokrotnie w drodze do babci, a także z wycieczkami szkolnymi. Bilet wstępu to parę złotych, a bardzo miło spaceruje się pośród ruin. Przez lata przejeżdżając przez Iwaniska w okolicach maja widziałam transparenty reklamujące turniej rycerski. Turniej rycerski! To musiało być COŚ! Ale jakoś nigdy nie było po drodze, żeby tam wstąpić i choć na chwilę poczuć klimat dawnych lat.

Sytuację postanowiłam zmienić właśnie w 2005 roku, a towarzyszyła mi Marta (przyjaciółka jeszcze z piaskownicy, późniejsza towarzyszka autostopowego szlajania). Autobusów jadących do Iwanisk mamy pod dostatkiem, nie pozostało nic innego, jak tylko jechać.
Sam turniej nie powalił na kolana, ale był przyjemny. W pamięć najbardziej zapadł mi występ rycerzy bodajże ze Słowacji. Walki w zwolnionym tempie, dużo wygłupów i śmiechu. Oczywiście były i poważniejsze potyczki, a także pokazy jazdy konnej oraz kręcące się po okolicy szlachcianki, a wszystko w otoczeniu pięknych ruin (jeśli ktoś kiedyś będzie w okolicy, polecam wstąpić i zobaczyć zamek!).
Jednak z tego dnia to nie turniej odcisnął największy ślad w mojej pamięci, a to co działo się potem. Pod wieczór, gdy turniej miał się ku końcowi, postanowiłyśmy wrócić do domu. Rzucenie okiem na rozkład jazdy w Ujeździe i już wiedziałyśmy, że ostatni autobus był parę godzin wcześniej. Niedobrze, pojawił się niepokój, że w Iwaniskach może czekać nas podobne rozczarowanie. Wcześniej nie przyszło nam do głowy, żeby sprawdzić jak wrócimy do domu. Do przejścia miałyśmy 3 km wzdłuż głównej drogi… to może by tak spróbować autostopu? W tym czasie byłam bardzo, nazwijmy to, samozachowawcza i nie lubiłam wychylać się z tak „niebezpiecznymi” pomysłami, ale ta myśl jakoś mi się spodobała. I tak szłyśmy dalej, ale z wyciągniętym kciukiem. Początkowo selekcjonowałyśmy samochody – tylko z rejestracjami TOS, żeby na pewno dojechać do domu, ale nic się nie zatrzymywało. Zmieniłyśmy strategię na „cokolwiek się zatrzyma będzie dobrze”. No i zatrzymał się pierwszy samochód – do Opatowa. To co prawda w połowie drogi, ale szansa na autobus (i to szybko) ogromna.

W samochodzie oprócz kierowcy, na oko dwudziestokilkuletniego, były dwie dziewczyny, jak się później okazało też złapały okazję. Kierowca miał chyba dobry humor, bo co chwilę coś kombinował. Najpierw zjechał na pobocze do znajomych, wsiadł do innego samochodu i odjechał… a za niego wsiadł totalnie nawalony koleś, który upierał się, że dalej to on nas będzie wiózł. Widać było, że to tylko żart, ale nasze towarzyszki chyba zaczęły mu wierzyć, bo usilnie przekonywały, że to nie jest dobry pomysł prowadzić w takim stanie. Po paru minutach wrócił nasz kierowca 😉
Kolejny ciekawy pomysł to zwiedzanie kopalni dolomitu w Wymysłowie. Cóż znak raczej nie jest informacją turystyczną, ale nasz kierowca na jego widok zareagował: „O! Nigdy tam nie byłem, jedziemy!”, jak powiedział, tak też zrobił i od razu zjechał z głównej drogi. Nie miałyśmy nic do gadania 😉 Na miejscu w nosie miał informacje „wstęp tylko dla zatrudnionych” i jakimś sposobem wjechał na jakieś wniesienie… gdzie czekało już kilku chłopaków (w stylu ABS) z bejsbolami (choć je może dorobiła już nasza wyobraźnia). Pojawiła się chwila konsternacji: „Co on kombinuje? Gdzie on nas wywiózł?”, ale wystarczyło jedno spojrzenie na naszego kierowcę, by zobaczyć, że jest równie zdziwiony (i przestraszony) co my. Szybkie wycofanie i już byliśmy w drodze do domu.
Poszczęściło nam się 😉 kierowca w Ostrowcu też nigdy nie był, więc zaoferował nam podwózkę do domu. Na pożegnanie wstąpiliśmy jeszcze do Marty.

 

Wiem, autostop na odcinku 30 km to żaden wyczyn, wiele osób codziennie jeździ tak do szkoły/pracy i nie robi z tego wielkiego halo. Dla mnie liczy się kontekst, wtedy wydawało mi się to bardzo szalone i odważne 😉 jakaś odmiana. Było fajnie, ale nie sądziłam, że jeszcze kiedyś będę łapać stopa. Zdecydowanie nie było to nawet preludium do kolejnych, trochę dłuższych wycieczek autostopowych.
Mimo że w ten sposób zjechałam kawałek Europy, licznik autostopowy dobił do kilkunastu tysięcy km, to te 30 sprzed 8 lat pamiętam chyba najlepiej.

Jak dojechać do Neapolu — autobusem czy pociągiem?
Jak najlepiej dojechać z Warszawy do Rzymu
Jak dojechać do Neapolu z Opola — autobusem czy pociągiem?