Poniedziałek był równie, jeśli nie bardziej, deszczowy co niedziela. W strugach deszczu złożyliśmy namioty i ruszyliśmy w stronę domu. Ruch był mizerny, przez co przemoczeni dotarliśmy do Aquilei, gdzie znaleźliśmy pierwsze prowizoryczne schronienie – przystanek autobusowy z wiatą. Tu nie czekaliśmy długo.

Pierwszym stopem w stronę domu był kamper należący do niemieckiej pary. Para podróżowała od kilku miesięcy (lat? już nie pamiętam) wzdłuż i wszerz Europy, głosząc Słowo Boże i sprzedając olejki eteryczne. Byli trochę nawiedzeni 🙂 ale mimo wszystko bardzo przyjemni. Uważali, że olejki są lekiem na całe zło, nawet podarowali Ani olejek mentolowy na katar. W rytmach Abby dotarliśmy do Udine, niestety nasz kierowca nie do końca nas zrozumiał i wwiózł do miasta. Na szczęście przynajmniej przestało już lać (a w razie jakby znów zaczęło padać dostaliśmy dwa parasole).

Po uzupełnieniu zapasów w Lidlu, trochę próbowaliśmy łapać na zjeździe na autostradę. Dość szybko zatrzymał się samochód i zaproponował, że może wziąć całą czwórkę do Tarvisio. Wybuch radości został przerwany jego stwierdzeniem „1000 euro”. Mniej niż 100 km za 1000 euro? Nie, nie żartował, nawet nie próbował zejść z tej kwoty, by jednak nas namówić 😉 Oczywiście podziękowaliśmy i próbowaliśmy dalej.
Po jakimś czasie zdecydowaliśmy się, przedrzeć krzaczorami i błotem na stację benzynową przy autostradzie oddaloną o ok. 500 metrów. Niestety na miejscu okazało się, że jest mała, samoobsługowa i praktycznie nikt się na niej nie zatrzymywał. Na domiar złego od jednego z pierwszych kierowców dowiedzieliśmy się, że nitka autostrady, biegnąca przy stacji prowadzi do innego wjazdu do miasta. Na szczęście po chwili błagania, kierowca się zlitował i zabrał całą czwórkę na bramki prowadzące już na dobrą autostradę w stronę domu 😉 To była ciekawa jazda, w trzy osoby siedliśmy z tyłu, który już był zajęty przez fotelik dla dziecka, a przecież na nim nikt nie usiadł.

Na następnym postoju znów odczekaliśmy swoje. Pierwszy samochód, który się zatrzymał znów miał miejsce dla całej czwórki, ale jechał niedaleko – miał nas podrzucić do pierwszej stacji benzynowej. Jako ciekawostkę powiem, że była to jedna z nielicznych kobiet, która mnie podwoziła i nie bała się zabrać aż czwórki autostopowiczów!


Oczywiście na stacji znów utknęliśmy na dłuższy czas. Dopiero pod wieczór udało nam się namówić Polaków, żeby zabrali nas ze sobą do Polski. Pojechałam ja i Krzysiek. Niedługo po nas dziewczyny złapały również transport do Polski, na Śląsk – transport włoskich tkanin i skór, które wcześniej przypłynęły z Chin 😉 Dziewczyny wyszły na tym lepiej, całą drogę przespały na tkaninach. Natomiast my… mogło być gorzej, ale dobrze nie było. Jechaliśmy dużym samochodem – ojciec, dwójka dorosłych dzieci i ich kolega Włoch. To Włoch namówił ich na zabranie nas, przez co w czasie drogi parę razy się o nas spierali… robili to po niemiecku, więc praktycznie wszystko rozumiałam. Ojciec z nami rozmawiał i krytykował wszystko – począwszy na tym, że jesteśmy nieodpowiedzialni i wykorzystujemy ludzi (to po co nas zabrał?), skończywszy na tym, że studiujemy modne kierunki, pewnie tylko, dlatego że są modne (pierwszy raz usłyszałam, że weterynaria jest taka modna, nie mówiąc o elektronice i telekomunikacji Krzyśka ;)). Celem naszych „zbawców” (tak się zachowywali) był Nowy Sącz, naszym Wrocław – więc nie bardzo po drodze, dlatego parę razy próbowali nas zostawić na większych stacjach benzynowych. Wjeżdżali, sprawdzali, że nie ma Polaków i mimo że my chcieliśmy wysiąść (na gigantycznej stacji pod Wiedniem czy Bratysławą, na pewno były polskie ciężarówki), oni wieźli nas dalej, bo nie zostawią nas byle gdzie. Nie walczyliśmy, byliśmy zmęczeni, była noc i padało, do tego śpieszyliśmy się, żeby zdążyć na zajęcia.

Zbawcy zostawili nas na granicy w Chyżne, trochę po środku niczego. Ruch był żaden i tak czekaliśmy do wschodu słońca, marząc że wtedy coś się rozkręci. Nie rozkręciło. Mieliśmy nadzieję chociaż na podwózkę do Krakowa i tam przesiadkę na pociąg (zbawcy byli tak marudni, że wyssali z nas resztki energii). Ostatecznie lokalni podwieźli nas do Jabłonki 😉 To była relaksująca przejażdżka. Panowie byli w stanie wskazującym i czuli obowiązek opowiedzenia o okolicy, tak się dowiedzieliśmy m.in. gdzie są porodówki w Jabłonce 😀

Tu mimo rozluźnienia przesiedliśmy się na autobus do Krakowa, a następnie pociąg do Wrocławia 😉 czasem tak bywa w autostopie, że ma się go lekko dosyć.

Podsumowanie:

— mój pierwszy europejski autostop trwał 6 dni (29.04.-04.05.2010.),

— w tym czasie stopem przejechałam ok. 2130 km,

— podwoziło mnie 15 kierowców,

— wydałam ok. 30 euro (wliczając to bilety powrotne do Wrocławia).

 

Mimo wszystkich niedogodności wycieczkę do Grado wspominam bardzo dobrze. Od tego momentu zaczęłam się zmieniać, zrobiłam się odważniejsza i bardziej otwarta. Okazało się że Europa jest na wyciągnięcie ręki i można bardzo tanio można ją zwiedzić 😉

Jak dojechać do Neapolu — autobusem czy pociągiem?
Jak najlepiej dojechać z Warszawy do Rzymu
Jak dojechać do Neapolu z Opola — autobusem czy pociągiem?